"W co by tu zagrać?", czyli rozterki gracza w kwiecie wieku.

kitkatherine / Foter.com / CC BY

Obowiązki domowe załatwione, żona z dzieckiem udały się w objęcia Morfeusza. Usiądę sobie przy komputerze i nareszcie w coś zagram. Słuchawki na uszy, pad w dłoni. Steam dość szybko się uruchamia i nagle zamieram. Co tu wybrać? Na liście gier kilkadziesiąt pozycji, z których ukończyłem może 5. Reszta to kilkanaście pozycji zakupionych okazyjnie na wyprzedażach, czekające na lepsze czasy. Oprócz tego od groma indies pochodzących głównie z Humble Bundle. Z tego przeszedłem chyba tylko Bastion (małe arcydzieło, polecam), a dłużej pograłem w Shank i Super Meat Boy.

Moją uwagę przykuwa Deus Ex: HR. Pierwsza część DX kiedyś mi podeszła, więc czemu nie? Uruchamiam. Klimatyczne intro, menu w pełni obsługiwane padem i ruszamy. Chodzę, rozmawiam z NPC-ami, wsiadam do windy i… czarny ekran. Co jest?

Drugie podejście – ta sama sytuacja. Wchodzę na google i jak się okazuje nie jestem sam. Znalazłem fix, uruchamiam, gram 20 minut i zostaję wyrzucony do pulpitu bez zapisanej gry. PC gaming w całej okazałości.

Dobra, nie ta gra, to może inna? Odpalam przyczajone w kącie Darksiders i rozbijam się o sterowanie. Druga gra – nie idzie. Próbujemy dalej.

Assassin’s Creed: Brotherhood. Uruchamiam, czekam cierpliwie na instalację i konfigurację UPlay. Po włączeniu gry jakiś czas oglądam slideshow w niskich detalach na komputerze, który Wiedźmina 2 łykał bez popitki i po paru minutach wyłączam zniechęcony.

Sesja kończy się uruchomieniem SMB, przejściem dwóch etapów i wyłączeniem kompa. Całość trwa jakieś dwie godziny, z czego półtorej poświęcone na konfigurację, patchowanie i walkę ze sterowaniem. Nie ma to jak dobrze spędzony wieczór.

Ile w tym samej gry? Niewiele. Wydawcy zamiast na optymalizacji i zapewnieniu odpowiedniego poziomu rozrywki skupiają się na coraz bardziej wymyślnych zabezpieczeniach, utrudniając tym samym życie legalnym użytkownikom. Konwersje z konsoli są robione na biegu i często strasznie niechlujnie. Dwa przykłady – Bionic Commando i Dead Rising 2. Pierwsza pozycja nawet bez pada wyświetla przyciski z X360, czyniąc tym samym granie na klawiaturze o poziom trudniejsze. Ekrany ładowania w DR2 natomiast doprowadzają do szewskiej pasji częstością występowania. Loading przy wejściu i wejściu z menu? Lekka przesada.

W dzisiejszych czasach ludzie mają coraz mniej wolnych godzin do przeznaczenia na rozrywkę. Dla gracza ideałem jest oprzeć się w wygodnym fotelu, uruchomić grę i dać się wciągnąć intrygującej fabule, lub po prostu ciekawej mechanice rozgrywki. Jak to jednak uczynić, gdy co 15 muszę pochylić się nad klawiaturą, aby włączyć program na nowo, ciągle zastanawiać się, co wyłączyć, żeby dostać te kilka FPS więcej, lub też kląć pod nosem, bo sterowanie nie działa tak, jak powinno?

Historia zakończyła się szczęśliwie. AC:B przeszedłem po paru tygodniach, aczkolwiek w trakcie gry ciągle musiałem grzebać w ustawieniach. Do Deus Ex udało się odnaleźć wreszcie działający sposób na to, aby nie wyrzucało mnie co chwila z gry. Pozwoliło mi to skupić się na rozgrywce, bardzo ciekawej zresztą. Darksiders odpuszczam, natomiast SMB ciągle dzielnie trzyma się na posterunku jako wypełniacz wolnego czasu.

Wnioski? Żadne, ot znalazłem sposób, żeby sobie trochę ponarzekać.