Źródło: Carson-Drew-It.com

Dark Souls, czyli „I co, takie to trudne?”

Artorias fro the Abyss

Ostatnimi czasy dołączyłem do „elitarnego” grona graczy, którzy ukończyli „Dark Souls„. Zajęło mi to łącznie gdzieś w przedziale 70-80 godzin. Warto dodać, że jeśli chodzi o gry, było to prawdopodobnie najlepsze kilkadziesiąt godzin od wielu, wielu lat. Co się na to złożyło?

Ostrzeżenie – mogą pojawić się spoilery, więc uczulonych uprzedzam.

Po pierwsze: klimat.
Nie przypominam sobie chyba żadnej gry, w której wyciekał z każdego jej skrawka tak, jak tutaj. Już od samego początku, gdy postać budzi się w więzieniu dla nieumarłych i okazuje się, że odpicowanej w procesie tworzenia bohatera twarzy nie będziemy oglądać zbyt często. Do tego widok współwięźniów, ogarniętych szaleństwem. Po wydostaniu się z tego przybytku obłędu po trupie ogromnego strażnika i otwarciu wrót wyjściowych oczom ukazuje się niezbyt przyjemny widok. Co z tego, że zostawiamy za sobą traumatyczne przeżycia, jeżeli przed oczami jawi się jedynie skarpa, z której wypadałoby po prostu skoczyć. Ogromny ptak zabiera nas do Lordran, gdzie kontynuujemy wyprawę. Wszędzie dookoła widać znamiona umierającego świata. Stworzenia, które były kiedyś ludźmi, atakują wszystkich przemierzających krainę. Większość budowli dawno obróciła się w pył. Jedynie opustoszałe Anor Londo zachowało swój kształt i rozmach, zapewne jedynie z uwagi na jego niedostępność. Po prostu trudno nie wczuć się w grę, w której świat przedstawiony jest w tak drobnych szczegółach.

Anor Londo
Źródło: IGN

Po drugie: wyzwanie.
Większość współczesnych produkcji prowadzi gracza za rączkę. Nad głową wielki kompas, dziennik zadań podpowiada, z kim trzeba teraz porozmawiać, czy co komu przynieść. W „Dark Souls” jest ciut gorzej. Pojawiające się na ziemi podpowiedzi od twórców są często dość enigmatyczne i ograniczają się do podawania przycisków, które należy wcisnąć, aby wykonać daną akcję. To, w jaki sposób daną rzecz, czy czynność wykorzystać, pozostaje w gestii gracza. Jest co prawda możliwość pozostawiania podpowiedzi przez innych graczy. Ponieważ jednak na ogół są to porady typu „Skacz” umieszczone nad przepaścią, niewielki z nich pożytek.

Twórcom gry udała się jedna rzecz związana z poziomem trudności. Możesz czytać dowolną ilość porad w internecie, na Wiki, pytać na forach, a mimo to nadal będziesz miał problemy z przejściem gry. Tutaj liczą się przede wszystkim umiejętności i rozwaga, a dopiero w dalszej kolejności ślepy los. Najczęściej ginąłem w chwili, gdy poczułem się zbyt pewnie. „Przeciwnik ma mało życia, podbiegnę go dobić”, po czym oglądałem smutny ekran z napisem „You Died”. Wracałem potem do tej walki bogatszy o wiedzę, czyli największego sprzymierzeńca w walce o losy Lordran. Gra jest trudna, ale w dobry sposób: taki, który zmusza do myślenia nad każdą podejmowaną decyzją i karze brawurę oraz nieuwagę.

Źródło: ActionTrip Comic
Źródło: ActionTrip Comic

Po trzecie: otwartość.
Chodzi mi nie tylko o to, że od samego początku możesz udać się w rejony, w które nie powinieneś się zapuszczać na obecnym poziomie doświadczenia. Mam na myśli także to, że w „Dark Souls” możesz grać jak chcesz. Lubisz powolnych, ale silnych wojowników? Proszę bardzo. Wolisz wykorzystywać w walce uniki i szybką broń? Nie ma problemu. Chcesz pobawić się magią? Masz cały wachlarz możliwości. Dowolne kombinacje także wchodzą w grę. Nie ma też jedynego słusznego zestawu zbroi i broni, jak to bywa w innych produkcjach. Nawiedzając i będąc nawiedzanym przez innych graczy jeszcze ani razu nie spotkałem się z dwoma wyposażonymi tak samo. Ten używa bicza, inny macha na prawo i lewo ogromnym młotem, a jeszcze inny scyzorykiem. Każda z tych opcji umożliwia dotarcie do ostatniego bossa i pokonanie go, co udowadniają gracze rzucający się na niego z samymi pięściami.

Po czwarte: multiplayer.
Zabawa z innymi graczami nie jest osobną opcją wybieraną w menu gry, tylko jej częścią, tak samo jak walka z AI. Aby powalczyć z kimś, należy użyć odpowiedniego przedmiotu, udać się w odpowiednie miejsce, bądź czekać, aż wróg nawiedzi nasz świat. Do tego istnieje cała masa przymierzy (ang. Covenant), które pozwalają na nawiedzanie innych, lub współpracę. Świetna rzecz, zdecydowanie przedłużająca przyjemność płynącą z rozgrywki.

Źródło: MenasLG on Deviantart
Źródło: MenasLG on Deviantart

Po piąte: zachęta do ponownej gry.
Po ukończeniu rozgrywki i pokonaniu ostatniego przeciwnika rozpoczynasz grę o nowa, ale zachowując doświadczenie i większość przedmiotów. Okazuje się jednak, że przeciwnicy także nie próżnowali podczas twojej nieobecności i trochę przypakowali. Gra nie robi się nagle łatwiejsza. Jeżeli za pierwszym razem miałeś problem z przebiciem się przez Sen’s Fortress, to i tym razem możesz się zaciąć. To sprawia, że DS nie nudzi się zbyt szybko. Zawsze jest coś nowego do odkrycia, zobaczenia, czy zrobienia.

„Dark Souls” rozpuściło mnie. Ciężko mi uruchomić jakąś inną grę i czerpać z niej taką przyjemność. Ograniczenia w innych produkcjach stały się nagle nie do zniesienia. Niewidzialne ściany, łatwi bossowie i zwykli, szeregowi przeciwnicy, będący jedynie drobnymi potknięciami na drodze do celu. Cokolwiek nie odpalę, zawsze wracam do tworu From Software. Nerwowo obgryzam paznokcie czekając na kolejną część tego arcydzieła.

Każdy gracz, bardziej, lub mniej niedzielny, powienien spróbować zmierzyć się z „Dark Souls”. Nie jest tak straszne, jak się może wydawać. Owszem, nie jest łatwo, ale trudność nie wynika wyłącznie z dania przeciwnikom nad(nie)ludzkiej siły i prawie nieograniczonego paska energii, tylko z postawienia przez graczem wyzwań, z którymi poradzi sobie jeśli tylko trochę pomyśli i wybierze do tego odpowiednie narzędzia.

Kto grał, ten wie. Kto nie grał… dlaczego to jeszcze czytasz? Kup, instaluj graj. Już!

Źródło: Carson-Drew-It.com
Źródło: Carson-Drew-It.com